Życie w szkocką kratkę

airplane

To była dość długa przerwa, nawet jak na mnie. Po pierwsze, po wydarzeniach z Walentynek nie było mi do śmiechu i niekoniecznie chciałam przypominać sobie o randkach. Po drugie, stanęłam przed poważnym życiowym wyborem: wyjechać z Polski czy nie? Bardzo chciałam zostać, ale brak perspektyw na dobrą pracę w zawodzie i coraz liczniejsze, potwierdzone informacje o zwolnieniach grupowych w mojej branży i pokrewnych, nie napawały optymizmem. Koleżanka poradziła mi, bym kierowała się „znakami” przy podejmowaniu decyzji. W pierwszej chwili wzięłam ją za nawiedzoną, ale potem znalazłam sporo racjonalnych przesłanek:

  • brak pracy i brak widoków na nią,
  • kurczące się oszczędności,
  • brak zobowiązań
  • niespłacony kredyt studencki
  • napaść…

Pojawił się również „znak” w postaci snu, w którym moja podświadomość kazała mi wyjechać, skoro mam taką możliwość i uzmysłowiła mi, że nikt inny za mnie życia nie przeżyje.

…z podświadomością kłócić się nie będę…

Najważniejsze jednak było to, że miałam wyjechać do dobrych ludzi, przyjaciół, którzy od dawna namawiali mnie do tego. Ostatecznie podjęłam decyzję: jadę! Dam sobie pół roku, podszkolę język, zgromadzę oszczędności, dam się we znaki moim gospodarzom i poznam nowych ludzi. Potem wrócę jak uspokoi się sytuacja na rynku pracy. Przynajmniej taki jest plan.

Zorganizowałam imprezę pożegnalną, która była stypą. Mam nadzieję, że nie oznacza to, iż moi znajomi pochowali mnie jeszcze za życia. Założenie jest takie, że wrócę by cieszyć się ich towarzystwem i oświetlać ich dni mym jestestwem i estymą (tak, właśnie tak:)) Dostałam duże wsparcie z różnych stron i zaliczyłam jedno duże rozczarowanie. To jednak, utwierdziło mnie bardziej w słuszności mojej decyzji. Spakowałam część dobytku, zostawiłam mieszkanie w dobrych rękach, przetłumaczyłam CV, nauczyłam rodziców korzystania ze skype’a i ruszyłam na podbój Szkocji.

Lotnisko, czekanie, start, wkurzający dzieciak na pokładzie, lądowanie, oklaski, powitanie przez przyjaciela, jeden autobus, drugi autobus, trzeci autobus, przywitanie przez przyjaciółkę i już byłam na miejscu.

Pierwsze dni były intensywne, ale potem odnalazłam rytm, przywykłam do nieustannie zmieniającej się pogody i ruchu lewostronnego. Wróciłam też do aplikacji z płomyczkiem. Trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że uznałam, że już czas. Faceci tutaj są przystojni, o dziwo, nie jest tak wielu rudzielców jak można by było przypuszczać. Moja uroda jest tutaj w cenie, więc nie narzekam na brak zainteresowania.

Nowe nastawienie, nowe otoczenie, nowe otwarcie.

PS W związku z ogólnymi zmianami, postanowiłam, że blog nabierze innego charakteru. Nadal będę dokładać starań by było zabawnie, ale wpisy nie będą ograniczać się do randek. Czasem wrócę do przygód z Polski, bo jeszcze nie wyczerpałam tematu. Mimo to, mam nadzieję, że będziecie zaglądać i obiecuję (także muszę dotrzymać słowa) – będę pisać częściej.

Dodaj komentarz